wtorek, 10 lutego 2015

Rozdział 8




''Home is just a word
Without a time or place
I've fallen in and out of love
With the loneliness I've traced

And I can't wait to start again
No, I can't wait to start again
When the darkness and unknown become a friend
No, I cant wait to start again

The voice of a thousand whispers
With answers I cant find
I made promises to the wounded love 
And the corner of my mind
And the night before has left you
And the smoke has filled your lungs
When you don't know what you've come here for or the person you've become''


Reszta tygodnia minęła raczej spokojnie, bez żadnych wpadek, kłótni czy bijatyk. Przez ten tydzień zachowywałam się prawie jak zwyczajna dziewczyna nie licząc kilku spotkań ze Scottem, które za każdym razem kończyły się w moim łóżku. Na lekcji biologii zamieniłam kilka zbytkowych słów z Dru, ale raczej trzymając go na dystans, choć gdy dziś na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek, zaczęłam delikatnie wypytywać o co chodzi, ale tym razem to on unikał rozmowy ze mną. Zaniepokoiło mnie to i w głębi ducha miałam nadzieje, że nie chodzi o mnie. Na jutro umówiłam się z Emily, że wyskoczymy gdzieś razem, a w niedziele obiecałam Rose, że pomogę jej w wyborze nowych mebli do kuchni. Stwierdziła, że musi koniecznie wydać na coś trochę zaoszczędzonych pieniędzy, a ponieważ teraz nie ma Luisa mogła robić co chciała, a ja postanowiłam ją w tym wspierać.
-Czyli jutro aktualne? - Zagadnęła Emily, gdy przebierałyśmy się w szatni po wuefie. - Zerknęłam na nią i uśmiechnęłam się lekko.
-Jasne. - Puściła mi oczko i ściągnęła przepoconą, trochę za luźną, biało-czarną koszulkę z logom jakiegoś zespołu przez głowę. Z ledwością powstrzymałam się, by nie syknąć przez zęby. Na jej żebrach widniał ogromny zielono-fioletowy siniak i kilka mniejszych na płaskim brzuchu. - Co ci się stało? - Spytałam szeptem. Gdy zdała sobie sprawę o co pytam szybko założyła beżowy sweterek.
-Na zawodach jedna z dziewczyn niechcący mnie skopała podczas rozgrzewki. - Wytłumaczyła pośpiesznie. Wiedziałam, że kłamie ponieważ jej oczy od razu zgasły, a w kącikach ust zaczaił się niepokój. - Wymusiłam lekki uśmiech, by jej nie wystraszyć.
-Musiała ci nieźle przywalić. - Skomentowałam, odwracając wzrok.
-Myślę, że chciała pozbyć się konkurencji. - Związała czerwone włosy. - Musze lecieć. Do jutra. - Nie czekając na mnie wypadła z szatni, jak oparzona.
-Do jutra. - Wyszeptałam za nią i przebrałam się w codzienne ciuchy. Nie mogłam tego tak zostawić, gdy już miałam dowody na to, że ktoś ją krzywdzi, tyle, że nie miałam pewności, że to jej chłopak. Musiałam dowiedzieć się czegoś więcej. Wyszłam ze szkoły, a czerwona czupryna Em rzuciła mi się od razu w oczy, gdy stała z jakimś chłopakiem na parkingu.  Chłopak górował nad nią dobre dziesięć centymetrów. Był dobrze zbudowany, a na jego głowie malował sie niewysoki czarny irokez. Wyglądał groźnie i gdy jego ręką wylądowała w mocnym uścisku na ramieniu Em nie miałam wątpliwości, że ten sinika to jego sprawka. W jego ruchach kryła się brutalność.

***

Byłem z siebie dumny. Zdobyłem adres Hope i nawet nie musiałem się specjalnie wysilać. Podziałał mój urok osobisty. Wmówiłem sekretarce, że Hope zostawiła telefon na lekcji i z dobrego serca postanowiłem zwrócić jej go, ale nie znałem adresu. Po chwili namawiania ugięła się, ale kazała obiecać, że nikomu więcej go nie podam. Z szerokim uśmiechem wyszedłem z sekretariatu nim zdążyła coś zwęszyć. Wróciłem szybko do domu, wziąłem prysznic i przebrałem się. W drodze do wyjścia zahaczyłem o sypialnie mamy. Wyglądała marnie z rozczochranymi włosami i podpitymi oczami. Na jej szafce nocnej stał kieliszek czerwonego wina.
-Hej mamo.  -Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
-Hej Dru.
-Wychodzę. Potrzebujesz czegoś? - Pokręciła leniwie głową.
-Wrócisz na kolacje? Mają wpaść znajomi twojego ojca. - Zazgrzytałem zębami. Ojciec wiedział w jakim stanie jest mama i zamiast jej pomóc wolał zapraszać swoich nudnych, sztywnych znajomych na kolacje.
-Nie wiem mamo. Musze zrobić projekt na biologie.
-Och. Mam nadzieje, że się wyrobisz, bo inaczej nie będę miała z kim pożartować. - Mrugnęła do mnie, a ja mimo woli zaśmiałem się cicho.
-Dobrze, postaram się. Pa.
-Baw się dobrze! - Rzuciła za mną ochrypłym głosem, a mi tylko ścisnęło się gardło. Tak bardzo chciałem by wróciła ta kobieta, która mnie wychowała.

Przed domem Hope znalazłem się w dziesięć minut. Jej okolica nie wyglądała na ekskluzywną więc moje audi kiepsko wpasowywało się w otoczenie, ale nie przejmując się tym czy mi zwiną auto wysiadłem z niego i stanąłem przed piętrowym domkiem obitym deskami w odcieniu brudnej bieli. Na niewielki ganek prowadziły drewniane schodki. Wspiąłem się po nich i zapukałem do obdrapanych drzwi. Po kilku chwilach w przejściu pojawiła się jakaś kobieta. Na mój widok uśmiechnęła się przyjaźnie.
-Dzień dobry. - Wydukałem.
-Dzień dobry. - Wyglądała na dosyć młodą. Ciemno brązowe włosy upięte miała w luźny kok na czubku głowy, Na sobie miała powycieraną czerwoną koszule w kratkę, wsuniętą w czarne spodnie. Wyglądała na zmęczoną życiem. Zdradzały ją podkrążone oczy i skóra pozbawiona blasku, która przybrała już odcień szarości.
-Jest Hope? - Spytałem, a ona wpuściła mnie do środka. - Jej duże niebieskie oczy i spiczasty podbródek zdradzały, że jest spokrewniona z czarnowłosą.
-Tak, a ty kim jesteś?
-Dru - Wyciągnąłem w jej stronę rękę, która lekko uścisnęła. - Mamy do zrobienia projekt na biologie. - Wyjaśniłem.
-Ach! Hope nic nie wspominała,a le to chyba norma. - Uśmiechnęła się i wskazała na schody. - Jest u siebie. - Skinąłem i cicho wbiegłem na górę. Domyśliłem się, że jej pokój znajduję się za drzwiami, zza których dobiegała przyciszona muzyka. Bez pukania wszedłem do pokoju. W międzyczasie nawiedziła mnie wizja nagiej Hope, ale bardzo szybko wyrzuciłem ja z głowy. Na przeciwko wejścia stał niewielki drewniany regalik, wypełniony po brzegi książkami. Obok znajdowało się biurko w tym samy jasnym odcieniu co biblioteczka, na którym stał stary model laptopa, kubeczek z długopisami, stare radio, z którego wydobyła się głos jakiegoś faceta mówiącego: ''I start to forget, how my heart gets torn, when that hurt gets thrown
feeling like you can't go on'' i niewielka ramka ze zdjęcie. Podszedłem do biurka, po drodze potykając się o torbe Hope i cicho klnąc pod nosem. Wziąłem ramkę w dłonie i przyjrzałem się zdjęciu w środku. Na fotografii znajdowały się dwie osoby. Kobieta z czarnymi włosami i olśniewającym uśmiechem trzymająca w ramionach swoją małą kopię. Od razu rozpoznałem Hope i mogłem założyć się, że ta kobieta to jej mama, a więc kim był niebieskooka na dole? Odstawiłem ramkę na miejsce i zacząłem dalej rozglądać się po pokoju. Na ścianie, na której znajdowało się biurko i regalik było niewielkie, uchylone okno, a w rogu stał mały telewizor. Na przeciw okna stało łóżko, zasłane czarno-fioletową pościelą i kilkoma różnokolorowymi jaśkami. Po jednej stronie łóżka stał mały, czarny stolik na kółkach o po drugiej szafka nocna, na której znajdowała się lampka nocna, i kilka świeczek. Między łóżkiem a średniej wielkości, otwartą szafą znajdowały się białe, zamknięte drzwi. Ściany pokoju pomalowane były szampański odcień bieli, a na drewnianej podłodze leżał futrzasty czarny dywanik. Oprócz jaśków i tego jednego zdjęcia w pokoju nie było żadnych innych ozdób. Zastanawiało mnie to czy to dlatego, że Hope ich nie lubiła, czy dlatego, że nie czuła się tu jak u siebie. W chwili, gdy skończyła się piosenka, drzwi otworzyły się, a w nich stanęła Hope, owinięta w biały ręcznik, ze szczoteczką w usta i biała pianą wokół nich. Na mój widok stanęła w pół kroku.
-Co ty tu robisz? - Wybełkotała. Uśmiechnąłem się szeroko i oparłem się o biurko.
-Mamy do zrobienia projekt  z biologii, pamiętasz?
-Mogłeś mnie uprzedzić!
-Wtedy nie było by całej tej zabawy. Sama kazałaś mi zdobyć adres, a więc jestem. - Mrugnąłem do niej i przeniosłem się na łóżko, rozłożyłem się wygodnie i posłałem jej swój najbardziej olśniewający uśmiech. - Idź dokończ... To co robiłaś - Otaksowałem ją wzrokiem wcale tego nie ukrywając.- A ja poczekam.- Widziałem jaka jest wściekła, ale to tylko bardziej mnie bawiło. Obróciła się na pięcie, wróciła do łazienki i zatrzasnęła za sobą drzwi.

piątek, 30 stycznia 2015

Rozdział 7


''You're the perfect melody,
The only harmony
I wanna hear.
You're my favorite part of me,
With you standing next to me,
I've got nothing to fear.

Without you, I feel broke.
Like I'm half of a whole.
Without you, I've got no hand to hold.
Without you, I feel torn.
Like a sail in a storm.
Without you, I'm just a sad song.''


-O czym tak myślisz? - Głos Ruby oderwał mnie od Hope. Od lekcji biologi myślę tylko o tym, jak zdobyć jej adres. Wpadłem na pomysł, by uwieść całkiem ładną sekretarkę, ale nie wiem czy to wyjdzie, a planu awaryjnego nie miałem i wkurzało mnie to. Bardzo. Musiałem go zdobyć. Byłem pewien, że jak go nie zdobędę nigdy więcej nie zbliżę się do Hope. Ta myśl sprawiała, że czułem desperacje i smutek. Kurwa, kurwa! Dru ogarnij się, tu obok ciebie siedzi twoja dziewczyna do kurwy nędzy i pewnie czeka aż dobierzesz się do jej majtek. Niech to szlag!
-O niczym ważnym. - Mrugnąłem do niej, uśmiechając się  półgębkiem. Jej ręka wylądowała na moim udzie i zaczęła delikatnie masować moją nogę, a ja mogłem myśleć tylko o granatowych oczach Hope. Jestem draniem. Oj tak. - Jak na zajęciach z tańca? - Spytałem, zerkając w jej stronę. Wydawała się być trochę zirytowana, ale nie przerywała swojego niewinnego masażu.
-Okey. Prawdopodobnie wystartujemy z naszą grupą w mistrzostwach świata w hip-hopie. - Szepnęła, nachylając się w moją stronę.
-Gratuluje. - Musnęła ustami, moją szyje. Zadrżałem pod jej pocałunkiem, a ona uznała to za zachętę. Wpakowała mi się na kolana, cały czas trzymając dłoń na moim udzie i wędrowała nią coraz wyżej.
-Ostatnio mało czasu ze sobą spędzamy. - Mruknęła, a jej słodki oddech owiał moja twarz.
-Przecież ostatnio to sobie wyjaśnialiśmy. - Powiedziałem, czując narastająca frustracje. Znowu chciała się kłócić?
-Nie o to mi chodzi... - Jej dłoń dotarła do moje krocza, a jej brwi powędrowały do góry. - Rozumiesz? - Ach! Doskonale rozumiałem o co chodzi, szczególnie, gdy jej palce zaczęły zaciskać się między moimi nogami.
-Jesteś zapracowana. - Wydyszałem z trudem łapiąc oddech.
-Wiem, ale nawet gdy jestem u ciebie, czy ty u mnie to się nie kochamy. - Odsunęła rękę ,a  z moich ust wyrwał się jęk rozczarowania i spojrzała na mnie srogo. - Czy ja w ogóle jeszcze cię pociągam?
-Oczywiście! - Uśmiechnąłem się przekonująco i pocałowałem ją w usta. Może to był dobry sposób by na chwilę wyrzucić z głowy Hope? - Nadal jesteś cudowna. - Jęknęła z aprobatą i przylgnęła do mnie całym ciałem. Wsunąłem ręce pod jej koszulkę i zacząłem gładzić nagą skórę, gdy ona majstrowała przy moim rozporku.
-Powiedz, że mnie kochasz. - Mruknęła.
-Kocham cie. - Szepnąłem, automatycznie, ale wiedziałem, że później będę żałował tego, że ją okłamałem.

***

-Mówiłam, że będzie przyjemnie. - Skwitowała Emily, wyjadając małą plastikową łyżeczką limonkowe lody z wafelka. 
-I miałaś racje. - Przytaknęłam jej, ładując do buzi, kolejną porcje sorbetu z mango. Kto by pomyślał, że bezalkoholowe wyjścia na miasto mogą być takie fajne. 
-No więc co cie łączy z Evansem? - Spojrzałam na nią pytająco, nie rozumiejąc o co jej chodzi.
-Z kim? - Uśmiechnęła się szeroko.
-Z Dru Evansem. - Gdy wypowiedziała jego imię od razu mnie olśniło.
-A co ma mnie z nim łączyć? - Spytałam, marszcząc brwi.
-Nic nie wiesz? - Zaciekawiła mnie tym, więc odłożyłam łyżeczkę i spojrzałam na nią zaintrygowana.
-O czym? Mów jaśniej.
-Po całej szkole chodzą o was ploty. 
-Mamy ze sobą tylko biologię.
-To wystarczy, a po za tym widziałam, jak na ciebie patrzy na korytarzu. Ludzie potrafią układać niezłe historyjki wiesz? - Byłam zszokowana, o czym ona bredziła?
-Jakie historyjki? Myślałam, że jestem raczej anonimowa w tej cholernej szkole. -Em zaśmiała się radośnie i puściła mi oczko.
-Nigdy nie będziesz anonimowa, gdy rozmawiasz z takim chłopakiem.
-Jak dla mnie nie ma w nim nic wyjątkowego. - To nie była prawda. On i Em byli na swój sposób wyjątkowi, w końcu jakoś z nimi rozmawiam i to nie o narkotycznych, seksie czy alkoholu.
-Ach, dziewczynino gdzie ty żyjesz?! Dru to najbardziej popularny chłopak w naszej szkole. Dziewczynom na jego widok majtki od razu robią się mokre. Chodzi z seksbombą, jedną z lepszych tancerek w naszym wieku, jego rodzice są mega bogaci. Ojciec jest jakimś politykiem, a matka przynajmniej kiedyś strasznie udzielała się charytatywnie. Miał brata, ale ten umarł, tyle że nikt nie wie z jakiego powodu.Doskonale zatuszowali przyczynę jego śmierci, by uniknąć skandalu. A ty tak po prostu sobie z nim gadasz na beznadziejnej lekcji biologi nic o nim nie wiedząc, a wszyscy sądzą, że masz z nim romans i obstawiają zakłady kiedy Ruby się o tym dowie.- Powiedziała to wszystko na jednym wdechu, a moja szczęka opadła niemal do samej ziemi. - Czemu tak na mnie patrzysz? Serio niczego się nie domyślałaś, albo nie słyszałaś na jego temat choć jedne plotki? - Na moje policzki wkradł się niewielki rumieniec.
-Oprócz z tobą nie gadam z nikim więcej z tej budy. - Uśmiechnęła się pobłażliwie.
-Och malutka, ty naprawdę żyjesz w swoim świecie. - Roześmiałam się i wzruszyłam ramionami.
-Nie przepadam za ludźmi. - Wyjaśniłam, a ona tylko kiwnęła głowa.
-No więc, to prawda? Romansujecie ze sobą? - Jej oczy błyszczały z podniecenia.
-No co ty! Chodzę do tej szkoły zaledwie tydzień! - Krzyknęłam oburzona. - Przyczepił się do mnie, bo zajęłam jego miejsce, a potem babka przydzieliła nam projekt, nic więcej. 
-Serio? Słyszałam od jakieś laski, że na lekcji ledwo powstrzymujecie się, żeby na siebie się nie rzucić.- Wybuchnęłam śmiechem.
-Tak czasem powstrzymuje się żeby się na niego nie rzucić, ale tylko po to by mu przywalić.- Wywróciła oczami i zaczęła ponownie jeść lody.
-A już miałam nadzieje. - Rzuciłam w nią chusteczką.- Te ploteczki.
-Nie interesuje się nim.
-Jeszcze.
-Skoro ma tak bogatych rodziców, czemu chodzi do tej budy zamiast do jakiejś wyrafinowanej prywatnej szkoły? - Lekko wzruszyła ramionami.
-Nie wiem, przeniósł się tu rok temu, po śmierci barta. - Dru zaczął wydawał mi się coraz bardziej interesujący, ale nigdy nie przyznam tego na głos. W głębi duszy miałam nadzieje, że uda mu się zdobyć mój adres. Wtedy miałabym pretekst by z nim rozmawiać. - No dobra, a teraz pogadajmy o tobie. - Podniosłam na nią wzrok i zacisnęłam usta w wąską kreskę. Tego bałam się najbardziej.
-Nie jestem ciekawą osobą.
-Jasne. To dlaczego pobiłaś kogoś i za to wyleciałaś z poprzedniej szkoły, co? - Chciałam odpyskować w jakiś sposób na przykład dlaczego boi się swojego chłopaka, ale ugryzłam się w język. Nie chciałam jej ranić. Pierwszy raz w życiu tak bardzo polubiłam, jakąś dziewczynę i chyba byłam gotowa jej zaufać.
-Nie lubię o tym mówić. - Szepnęłam.
-W ogóle nie lubisz mówić o sobie co? Nie wydajesz się nieśmiała, wręcz przeciwnie, ale jeżeli chodzi o bliższe kontakty między ludzkie to kompletnie się zamykasz. Zauważyłam cie od razu, jak przyszłaś do naszej szkoły. Tak bardzo wyróżniałaś się od tych wszystkich pustych lalek. W głębi od razu cie polubiłam, tyle że do nikogo się nie odzywałaś. Najpierw pomyślałam, że jesteś nieśmiała, ale zaraz to skreśliłam. Zawsze chodziłaś z podniesioną głową i pewność siebie w sumie z ciebie emanuje. Przynajmniej na pozór. Potem pomyślałam, że po prostu uważasz się za lepszą, póki nie uderzyłaś tej laski piłką na wuefie i do mnie nie zagadałaś. Jesteś po prostu inna i chyba jesteś najfajniejszą dziewczyną, jaką dotąd poznałam, Hope. Ciężko mi cie rozszyfrować. - Wpatrywałam się w nią wielkimi oczami, czując narastający strach.
-Wcale nie jestem fajną dziewczyną Em. Jestem najgorszym towarzystwem na jakie mogłaś wpaść. - Mój głos brzmiał rozpaczliwie. Zaczęłam się znów nienawidzić.
-Nie wydaje mi się Hope. Myślę, że masz za sobą ciężką przeszłość, która cie ukształtowała na człowieka, którym teraz jesteś.  Nie musisz mi jej całej zdradzać, ale szczyptą nie pogardzę. - Uśmiechnęła się przyjaźnie i wpakowała do ust kolejną łyżeczkę lodów. Westchnęłam. Miała mnie za dobrego człowieka. Nawet nie wiedziała, jak się myli.
-Okey, opowiem ci, ale ty też musisz mi coś zdradzić. - Oznajmiłam. Skinęła głowa nic nie mówiąc. - No dobra - Poprawiłam się na fotelu i wzięłam głęboki oddech.  - Ta laska to była największa suka w całej szkole. Wkurzało mnie nawet stanie obok niej. Nie wiem, jakim cudem, ale dowiedziała się trochę za dużo o mojej przeszłości. Chodziłam do tej szkoły zaledwie trzy miesiące a ta dziewczyna wiedziała o mnie praktycznie wszystko. Nie było mi to na rękę. Pewnego dnia doszło między nami do spięcia o błahostkę, która przerodziła się w prawdziwą awanturę.Laska zaczęła przy wszystkich opowiadać historyjki z mojej przeszłości , które w połowie były fałszywe, co tylko bardziej mnie wzburzyło. Zaczęłam ją wyzywać, a gdy to nie podziałało, powiedziałam, że przespałam się z jej chłopakiem, co było prawdą. Chłopak nie zaprzeczył . chyba podobała mu się ta awantura między nami. Ona rzuciła się na mnie, jak zwierzę. Będę szczera i powiem, że nie radzę sobie z agresją i złością, więc od razu powaliłam ją na ziemie i zaczęłam okładać pięściami. Byłam tak cholernie zła, że dziewczyna wylądowała w szpitalu ze złamanym nosem i wstrząśnieniem mózgu. Oczywiście jej rodzice chcieli mnie udupić i tak dalej, ale gdy wyszło, że to ona rzuciła się na mnie pierwsza to się wycofali. Dyrektor stwierdził, że żeby nie marnować mi przyszłość nie wezwie policji tylko wywali mnie ze szkoły. To, że to ona zaczęła uratowało mnie przed poprawczakiem. - Skończyłam lekko wzburzona na to wspomnienie.
-Wow. Wiedziałam, że jesteś niezłym ziółkiem.
-Sprowokowała mnie.
-Wierzę ci. - Uśmiechnęła się słodko. - I cieszę się, że mi zaufałaś. Co chcesz wiedzieć o mnie? - Wpatrywałam się w nią z ulgą i odwzajemniłam uśmiech.
-Na razie nic. - Wolałam poczekać, aż potwierdzą się moje podejrzenia o tym, że w jej związku jest coś nie tak. Nie chciałam wyjść na idiotkę lub stawiać ją w niekomfortowej sytuacji, w której będzie mogła zaprzeczyć. Lepiej mieć niepodważalne dowody, po to by potem jej pomóc. Jeżeli tylko będzie chciała. - Chyba, że sama chcesz coś powiedzieć. - Jej oczy zgasły.
-Myślę, że poczekam na twoje pytania. - Mrugnęła do mnie i wstała. - Pora się zbierać.
-Myślę, że to dobry pomysł. - Wstałam od stolika i zarzuciłam torbę na ramię.
-Zostaniemy najlepszymi przyjaciółkami. - Oznajmiła, olśniewając mnie cudownym serdecznym uśmiechem. Podobały mi się jej słowa. Chyba potrzebowałam takiej przyjaciółki..
-Mam nadzieje. - Szepnęłam, ale chyba bardziej do siebie niż do niej.

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 6



''Job well done
Standing ovation
Yeah you got what you wanted
I guess you won
And I don’t wanna hear
They don’t know you like I do
Even I coulda told you 
That now we’re done
'Cause you,
Play me like a symphony
Play me till your fingers bleed
I’m your greatest masterpiece 
You ruin me
Later when the curtains drawn
And no ones there for you back home
Don’t cry to me you played me wrong 
You ruin me''

W chwili, w której otworzyłam oczy, poczułam się jak wrak. Wrak człowieka. Bolała mnie każda część ciała, jakbym wpadła pod koła ciężarówki. Leżałam opatulona ciepłą pościelą, wpatrywałam się w biały, lekko pożółkły sufit, starając sobie przypomnieć jaki mamy dziś dzień i co ostatnio się wydarzyło. Co spowodowało, że czułam się tak, jak się czułam. Przymknęłam powieki, a mój umysł zaczęły zalewać wspomnienia...
To ja się kręcę czy to świat wiruje? Chciało mi się śmiać. Tak bardzo, że ledwo powstrzymywałam się idąc slalomem oświetlonymi ulicami. Mimo że na zegarku minęła czwarta wciąż mijali mnie przechodnie, posyłając mi krzywe spojrzenia.  W ustach poczułam kwaśny smak. Nieprzyjemny smak. Oparłam się rękoma o ścianę pobliskiego budynku i zwymiotowałam całą zawartość swojego żołądka. Połowa trafiła na moje buty. Chryste...
Zamrugałam kilka razy będąc na siebie wściekła. To były moje ulubione buty. Na tę myśl skrzywiłam się i poczułam niesamowity, rozrywający ból w wardze i żuchwie, a wtedy przyszło kojne wspomnienie.
-Ona nie może z nami mieszkać! Robi z siebie dziwkę i nic więcej. - Z kuchni dotarł do mnie rozgniewany głos Luisa. Pół przytomna stanęłam przy drzwiach, nasłuchując.
-A ty Luis? Co ty do jasnej cholery robisz prócz siedzenia na tej pieprzonej kanapie i chlania piwska? No powiedz mi! - Rose rzadko krzyczała, ale podobało mi się to, że krzyczy akurat na Luisa. Należało mu się.
-Utrzymuje ten cholerny dom! - Z ust Rose wymsknął się kpiący śmiech.
-To ja wciąż zapierdalam od rana do nocy. Pieniędzy z twoich rąk nigdy nie dostałam!
-Zamknij się Rose. Ona ma stąd zniknąć.
-Nie wywalę z mojego domu Hope. To córka mojej siostry. Kocham ją tak samo, jak kochała ją Mery. - Luis prychnął. Tylko on potrafił prychać w tak bezczelny sposób. Moje serce zmiękczyło się od słów Rose. Wiedziałam, że potrafię ją tylko rozczarowywać, a ona mimo to mnie kochała. Mój Boże.
-Nie obchodzi mnie to. Nie chce jej tu widzieć.
-Nie Luis. Ona będzie tu mieszkać. Jak chcesz możesz się wyprowadzić. Hope zostaje! - Chwila ciszy, a potem coś roztłukło się o podłogę. Nie czekając na więcej weszłam do kuchni. Rose stała twarzą do mnie. Luis przyciskał ją do szafki, mocno ściskając jej policzki. W oczach Rose widziałam łzy, ale ani odrobiny strachu.
-Puść ją! - Warknęłam. 
-Hope - Wymamrotała Rose, ale Luis ścisnął jej usta, powstrzymują ją od dalszego mówienia. Skurwiel.
-Puść ją kurwa. - Powtórzyłam ostrzej, ledwo trzymając się na nogach.
-Wypierdalaj!- Krzyknął. Krew się we mnie zagotowała . Niewiele myśląc, chwyciłam go za ramię i odciągnęłam od ciotki. Na jego twarzy rysował się ogromny gniew. Odwrócił się w moją stronę i wymierzył mi cios prosto w twarz. Nie miałam tyle siły by ustać na nogach, więc runęłam z głuchym łoskotem na kuchenne linoleum. Nim kompletnie mnie zamroczyło, błysnęły mi oczy Rose, w których malowała się rozpacz. To przypomniało mi o mamie...


***

-Czemu nie możesz na mnie spojrzeć?! Brzydzę cie? Wolisz te dziwki z ulicy? No powiedz Luke. Proszęę... -Łkanie mamy sprawiało, że bolało mnie serduszko. Nie mogłam już oglądać bajek, nie mogłam oderwać oczu od rozgrywającej się sceny tuż obok. Często tak było. Płacz, krzyki, trzaskanie drzwiami. Taki był schemat życia Tranerów. Wiedziałam, że większość z tego omija mnie, gdy jestem w szkole, bądź, gdy mama zostawia mnie u sąsiadki z naprzeciwka. Lubię panią Martin, ale wole przebywać z mamusią. Nawet, gdy płacze. Byłam zbyt mała by zrozumieć o co rodzice się kłócą, ale wiedziałam, że mama płacze przez tatusia.  Z każdym dniem coraz mniej lubiłam tatusia.
-Zamknij się Mery i daj mi wyjść.
-Nie. Gdzie chcesz pójść? Czemu chcesz żebym znów została sama. Czemu mnie już nie kochasz? - W oczach mamusi malowało się coś dziwnego. Chyba nie znam na to jeszcze słówka, ale to jest większego niż smutek. Mama trzyma tatę za ręce. Mocno. Nie chce go puścić w stronę drzwi, ale ja chce by poszedł. Chce by znów było cicho.
-Boże Mery spójrz na siebie! Co ty z siebie robisz?! - Tata wyrywa się mamie, zaczyna ją szarpać, a ona coraz mocniej płacze. Wstaje z kanapy i idę w ich stronę. Łapię mamusie za nogę.
-Mamusiu przestań. - Szepczę.
-Odejdź Hope.- Warknął tatuś, ale ja nie puszczam mamy, a mamusia nie puszcza taty. - Cholera! - Tata wyrywa jedną rękę i uderza mamę w twarz. Często tak robi. Mamusia chwieje się, wyrywa mi się jej noga i lecę do tyłu. Z głośnym krzykiem upadam na ziemie i uderzam w coś główką... W oczach mamy widzę rozpacz. Tak... Tak to się chyba nazywa.

***

Było mi niedobrze. Z jękiem zerwałam się z łóżka i dopadłam sedesu. Wstrząsały mną torsje, ale z moich ust wydobywała się tylko woda. Gdy mdłości się skończył podniosłam się do góry i spojrzałam w lustro nad umywalką. Moja dolna warga była rozwalona. Zastygła krew zabrała się w kąciku moich ust. Na żuchwie malował się ogromny sino-fioletowy siniak. Ładnie mi przyłożył. Wróciłam do sypialni i zaczęłam szukać telefonu. Znalazłam go pod łóżkiem. Ciekawe co tam robił? Spojrzałam na wyświetlacz i jęknęłam. Była niedziela. Umknęły mi dwa dni. Przejrzałam wysłane SMS-y. Znajdowały się tam wiadomości wysłane o piątej nad ranem w piątek do Scotta. Mogę tylko domyślać się co się działo, gdy pozbierałam się z podłogi. Poszłam z powrotem do łazienki, wzięłam szybką kąpiel, umyłam zęby i związałam włosy. Włożyłam znoszone dresy i czarną koszulkę i zeszłam na dół. Przy stole w kuchni siedziała Rose. Z parującym kubkiem czytała gazetę. Gdy weszłam do środka podniosła wzrok i spojrzała na mnie z troską.
-Jak się czujesz? - Spytała i wstała. Wzruszyłam ramionami. - Zrobić ci kakao? - Mimo woli uśmiechnęłam się lekko i usiadłam na jej wcześniejszym miejscu.
-Chętnie. Gdzie Luis? - Wyjęła mleko z lodówki i wlała do kubka.
-Wyrzuciłam go. - Szepnęła i zasypała mleko trzema łyżkami kakao, wymieszała i wstawiła do mikrofali. 
-Naprawdę? - Spojrzałam na nią niedowierzająco. Odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła się.
-Tak. - Przełknęłam głośno ślinę.
-Czy jak powiem, że się cieszę wyjdę na chamską?
-Nie - Gdy mikrofala zapikała, wyjęła klubek i postawiła go przede mną,  a następni usiadła na krześle obok. - Bo ja też się cieszę. - Upiłam łyk i uśmiechnęłam się szeroko.
-Pyszne.
***
Gdy Hope nie przyszła w piątek do szkoły poczułem dziwny niepokój. Przez cały weekend zastanawiałem się czy wszystko z nią w porządku, ale gdy zobaczyłem ją dziś w szkole wiedziałem, że nie. Weszła do klasy z uniesioną głową. Nie przejmowała się nachalnymi spojrzeniami dzieciaków z klasy. Jej twarz wyglądała paskudnie. Rozcięta warga i siniak na pół szczęki raził mnie w oczy. Nie wiem dlaczego, ale poczułem chęć zabicia tego kto jej to zrobił. Usiadła obok mnie, a mnie owiał jej owocowy zapach.
-Co ci się stało? - Spytałem szeptem, pochylając się w jej stronę. Nie wiem czy robiła to świadomie czy nie, ale odsunęła się ode mnie, jakbym ją parzył.
-Nie twoja sprawa. - Warknęła.
-Ale chce wiedzieć.- Nalegałem. Spojrzała mi w oczy z taką wrogością, że normalnie pewnie bym się przestraszył, teraz jednak chciałem tylko wiedzieć kto to zrobił.
-Nie zostaniemy przyjaciółmi. - Wyjaśniła chłodno, odwracając spojrzenie.
-Czemu? - Mój głos brzmiał na zaskoczony. Przekląłem się za to w duchu. 
-Bo nie mam ochoty cie poznawać.
-Będziesz musiała.- Zaśmiała się i znów na mnie spojrzała.
-Niby dlaczego?
-Bo mamy razem do zrobienia projekt z biologi. - Zacisnęła usta i wzięła głęboki oddech.
-Mi na tym nie zależy.- Zastanawiało mnie czy mówi o projekcie czy o naszej przyjaźni.
-Ale mi tak... - Szepnąłem.
-To twój problem Dru. - Pierwszy raz wymówiła moje imię. Podobało mi się to w jaki sposób układały się jej usta, gdy je wymawiała. Boże... Wziąłem kilka głębokich wdechów. Miałem dziewczynę. Ruby. Nie mogłem w ten sposób myśleć o Hope. 
-Czemu tak bardzo zależy ci na tym by trzymać mnie z daleka? - Jej ramiona nieznacznie się spięły. To musiało coś znaczyć. Odwróciła głowę w moją stronę. Jej wzrok najpierw powędrował w dół, a potem powoli przesuwał się w górę. Czułem się trochę nieswojo, jakby potrafiła przejrzeć moją duszę. Gdy dotarła do oczu, uśmiechnęła się lekko.
-Bo w końcu będziesz chciał czegoś więcej. - Szepnęła to w taki sposób, jakby wiedziała, że ostatnio często o niej myślę.
-Mam dziewczynę. - Parsknęła trochę za głośno i kilka przypadkowych spojrzeń skierowało się w naszą stronę.
-Jakby to miało cie jakoś powstrzymać. - Mrugnęła do mnie i skupiła się na tym co tłumaczyła nauczycielka. Jezu Chryste! Ta dziewczyna sprawiała, że czułem się coraz mniej pewnie, a to sprawiało, że chciałem by role się odwróciły.
-Kiedy chcesz się spotkać, by omówić nasz projekt? - Kąciki jej ust powędrowały do góry.
-Gdy zdobędziesz mój adres. - Mimo woli uśmiechnąłem się szeroko. Chyba lubiła się mną bawić. Zagryzłem wargę i zacząłem obmyślać plan. Musiał być jakiś sposób by zyskać jej adres w miarę legalnie.

***

Ta gra była niebezpieczna. Zdawałam sobie z tego sprawę. Z każdym dniem ten chłopak będzie chciał więcej, a ja nie chce zdradzać mu swoich sekretów, a ni dzielić się swoją przeszłością, a każdy w końcu tego wymaga, a mimo to nie mogłam się powstrzymać. Cholera, coś mnie do niego ciągnęło. Czułam, że on też ma coś do ukrycia.
-Co ci się stało? - Głos Emily wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam na nią i machnęłam lekceważąco ręką.
-Mała rodzinna sprzeczka. - Wytłumaczyłam. W jej oczach zauważyłam zrozumienie, jakby zbyt dobrze wiedziała co mam na myśli, a to mi się wcale nie podobało.
-Okey, nie będę cie zmuszać do mówienia - Puściła mi oczko. - Fajnie się bawiłam w czwartek.
-Ja też. Może kiedyś to powtórzymy? - Uśmiechnęła się szeroko, ale jej uśmiech nie dotarł do oczu.
-Chętnie.  A może dziś spróbujemy czegoś spokojniejszego? - Spojrzałam na nią pytająco.
-Co masz na myśli?
-Na przykład lody po lekcjach? - Zatrzymałam się w pół kroku i zamyśliłam nad tymi słowami.
-Nigdy nie byłam z koleżanką na lodach.- Wyznałam cicho. Przystanęła przy mnie, ale nie wydawała się zaskoczona, ale ja poczułam smutek i rozczarowanie. Rozczarowanie sobą. Dlaczego nigdy nie pozwoliłam nikomu się do mnie zbliżyć na tyle by pójść na głupie lody?
-Nie przejmuj się. To całkiem przyjemne. - Uśmiechnęła się pocieszająco i weszła do przebieralni dla dziewczyn. Polubiłam ją. Naprawdę ją polubiłam. Cholera co się ze mną dzieje? Gdzie jest stara Hope?


niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 5



''This is not a dream that I'm living
This is just a world of Your own
You took me from all that I knew
Shown me how it feels to hope
With You with me, facing tomorrow together
I can learn to fly
Feels like I'm living in a lion's mouth, but the lion is (an angel)''

Byłam zła! Wkurzona, wkurwiona, zirytowana i... Chyba tyle. Wiedziałam, że nie powinnam się w ogóle do niego odzywać. Zawsze źle wychodzi gadanie z takimi chłopakami, ale poczułam, że chce, żeby wiedział, jak mam na imię. To było głupie, ale nie mogłam się powstrzymać, a teraz będę musiała robić z nim jakieś pieprzone doświadczenie. Boże! Jestem prawdziwą kretynka. Po co w ogóle się odzywałam? Po co? Teraz będę miała go na głowie, a nie chce by się do mnie zbliżał. Wydaje się być miły, a tacy są najgorsi. Myślą, że mogą wszystkich uratować, a na mnie jest już za późno....
Nigdy specjalnie nie lubiłam wuefu. Moja koordynacja ruchowa była żałosna, a po za tym nigdy nie mogłam zgrać się z innymi, dlatego zawsze stałam gdzieś z tyłu i biernie obserwowałam grę. Tak było i tym razem. Graliśmy w siatkę, więc wycofałam się i stałam z boku, próbując unikać piłki, ale i tak w końcu wylądowała w moich rękach. Miałam serwować. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich ze swojej drużyny. Błagali mnie wzrokiem, bym uderzyła w piłkę i zdobyła dla nas punkt. Nawet nie wiedzieli, że w moim wykonaniu to będzie naprawdę trudne. Mój wzrok przykuły trzy blondynki po drugiej stronie boiska. Były to typowe tapeciary. Nienawidziłam takich lasek. Koło nich przebiegała własnie niska, czerwonowłosa dziewczyna. Truchtem biegała wokół boiska, ze słuchawkami w uszach. Jedna z blondynek podstawiła jej nogę i czerwonowłosa upadła na kolana, wypuszczając z reki telefon, z którego słuchała muzyki. Komórka rozpadła się na cześć, a ona sama zaplątała się w kabel od słuchawek. Tapeciary zaczęły się wrednie chichotać i nabijać z dziewczyny. Krew zaczęła się we mnie gotować. Nim zdążyłam pomyśleć, rzuciłam trzymaną w reku piłkę i trafiłam nią wprost w głowę jednej z blondynek. W tą, która wydawała się być liderką grupy, w tą która podstawiła nogę. Blondynka odwróciła się na pięcie w moją stronę i zmierzyła mnie wściekłym wzrokiem. Wydała z siebie przedziwny dźwięk i podeszła do mnie. W jej oczach malował się istny gniew, ale mnie to nie ruszało. Nawet fakt, że była dwa razy większa ode mnie nie sprawił, że poczułam choć odrobinę strachu. Mierzyłam się z gorszymi przeciwnikami.
-Co ty kurwa robisz? - Wysyczała przez zaciśnięte zęby. - Chcesz się doigrać mała? - Zachichotałam.
-Spróbuj. Choć pewnie moja pieść utknie w tej tonie tapety. - Zaszydziłam, wyzywając ją do walki. - Wszyscy wokół obserwowali nas, a na moje słowa wybuchnęli śmiechem. Tapeciara, zawrzała z gniewu. W chwili, gdy podnosiła na mnie rękę, wuefista wykrzyczała jej imię.
-Chloe! Co ty wyprawisz? - Blondynka zacisnęła szczękę jeszcze mocniej i odwróciła się w stronę nauczycielki.
-Tylko rozmawiamy. - Wytłumaczyła ze sztucznym uśmiechem.
-Jasne. Dla rozluźnienia zrób kilka kółeczek. - Chloe tylko kiwnęła i zaczęła biegać. Miałam ochotę się roześmiać, ale powstrzymałam się. I tak wystarczająco ją upokorzyłam. Podeszłam do czerwonowłosej, która zdążyła się już pozbierać.
-Wszystko okey? - Spytałam, stając naprzeciw niej. Normalnie jestem aspołeczna, ale ona wydawała się być równie niedostępna jak ja.
-Nie musiałaś tego robić.- Szepnęła. Uśmiechnęłam się.
-Wiem, ale chciałam.
-Teraz nie da ci spokoju.
-Nie boje się takich, jak ona.
-Powinnaś. - Mrugnęłam do niej, ale nie przejęłam się jej słowami.
-Nie martw się o mnie. - Kiwnęła lekko głową, rozumiejąc.
-Jestem Emily.
-Hope.
-Jesteś nowa?
-Tak. - Uciekła wzrokiem, jakby się mnie obwiała.  - Chciałabyś wyskoczyć ze mną dziś wieczorem na piwo? - Spytałam nim zdążyłam ugryźć się w język. Poczułam do niej sympatie. Co się ze mną dzieje? Od kiedy jestem taka otwarta na ludzi?
-Jesteś pewna? Nie jestem zbyt dobry towarzystwem do zabawy.
-Myślę, że mi wystarczysz. - Uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.
-W takim razie chętnie.

Po lekcji wymieniłyśmy się z Emily numerami i umówiłyśmy się o dziewiątej na mieście. Chyba przyda mi się jakaś przyjaciółka w tej szkole. W ogóle jakakolwiek. Przed szkołą stał Scott. Zdziwił mnie jego widok bo się nie umawialiśmy, ale także się ucieszyłam. Podbiegłam do niego i pocałowałam go w usta.
-Cześć piękna.
-Hej. Co ty tu robisz? - Spytała, oplatając ręce na jego szyi.
-Po prostu chciałem cie zobaczyć. Nie cieszysz się?
-Oczywiście, że się cieszę. - Uśmiechałam się szeroko.
-Kto to?- Ton głosu Scotta zmienił się na bardziej poważny. - Obejrzałam sie za siebie, a moim oczami ukazał się Dru. Przypatrywał się nam w zaciekawieniu. Posłałam mu srogie spojrzenie, ale nie odwrócił wzroku.
-Będę musiała zrobić z nim jakiś powalony projekt na biologie.
-Dziwnie na ciebie patrzy. - Zaśmiałam się i znów spojrzałam na Dru. Wciąż się w nas wpatrywał bez żadnego zażenowania, że go na tym przyłapałam.
-Zdaje ci się. - Odparłam, choć faktycznie miałam wrażenie, ze jego wzrok jest dziwny. Patrzył się na Scotta tak jakby go znał, a na mnie tak jakby chciał ze mną pogadać. Miałam zamiar go zignorować. -Idziemy?
-Jasne. - Uśmiechnął się i otworzył mi drzwi do swojego czarnego jeepa. - Wskakuj mała.

-Nie wierzę. Ty wychodzisz z jakąś dziewczyną na miasto? Od kiedy to masz jakieś koleżanki? - Scott wydawał się być autentycznie zdziwiony. A to świadczyło o tym, że naprawdę jestem zacofana społecznie. Skarciłam go wzrokiem i ściągnęłam swój sweter i bluzkę, którą miałam pod nim. Stając bez stanika, szukałam w szafie, czegoś nadającego się na dzisiejszy wieczór.
-Od dziś. Wydawała się być miła, więc postanowiłam ją zaprosić.
-O cholera! I to jeszcze ty ją zaprosiłaś. Kim jesteś i co zrobiłaś z moją Hope?
-Oj nie przesadzaj! - Warknęłam i wyjęłam z szafy dłuższą koszulkę z nadrukiem białej czaszki, zwykłą czarną bluzkę na długi rękaw i czarne leginsy z dziurami. Ubrałam się szybko i spojrzałam na Scotta. Leżał wyciągnięty na moim łóżku, obserwując mnie. - I jak? - Zrobiłam obrót wokół własnej osi.
-Jak zwykle ładnie.- Wywróciłam oczami i weszłam do łazienki. Poprawiłam oczy czarna kredką i zburzyłam trochę włosy. - Gdzie sie wybieracie?
-Ona zaproponowała jakiś klub. Nie znam go.- Wytłumaczyłam i wróciłam do pokoju.  - Masz coś przy sobie? - Spytałam, siadając obok niego.
-Może.
-Może? - Moje brwi powędrowały do góry.
-Koka? Skończyły ci się już ecstazy? - Pokręciłam przecząco głową.
-Nie, ale chce coś mocniejszego. - Westchnął ciężko i z wyciągnął plastikową torebeczkę wypełnioną białym proszkiem. Podał mi ją, a ja przyciągnęłam do siebie, swój mały czarny stolik.
-Dzięki. - Rozsypałam proszek na blacie i uformowałam dwie kreski. Podeszłam do biurka i wyciągnęłam z szuflady pieniądze.  -Tym razem płace.- Powiedziałam i podałam mu hajs. - Wciągasz ze mną?
-Dziś podziękuje.

Usiałyśmy przy barze i obie zamówiłyśmy wódkę z sokiem ananasowym. Emily umalowana i w czarnej obcisłej sukience już nie wyglądała, jak szara myszka.
-Masz ładne ciało. Co trenujesz?- Spytałam, upijając łyk drinka przez żółta słomkę.
-Pływam - Przyznała, ale bez większego entuzjazmu. - W tamtym roku zajęłam drugie miejsce w mistrzostwach kraju w stylu dowolnym.
-Wow. Nieźle, ale nie wyglądasz jakby cie to cieszyło. - Spuściła wzrok.
-Po prostu jestem już zmęczona. Przestało to być dla mnie przyjemnością.
-To czemu wciąż to robisz? - Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko.
-Moi rodzice są bardzo wymagający. Zawsze byli i wytresowali mnie na wzorową córeczkę.
-A ty boisz się zbuntować? - Wywnioskowałam.
-Niestety. - Westchnęła i na raz wypiła połowę drinka.
-Kiedyś. Zapewne niedługo wybuchniesz i wszystkim pokarzesz co naprawdę czujesz. - Prychnęła.
-Nie wiem czy mnie na to stać. - Mrugnęłam do niej przyjaźnie.
-Jestem pewna, że tak. - Uśmiechnęła się.
-Czemu teraz tu chodzisz do szkoły? - Standardowe pytanie. Zaśmiałam się i opróżniłam szklankę do końca i zamówiłam następnego drinka.
-Wywalili mnie za poprzedniej. - Jej oczy rozszerzyły się odrobinę.
-Dlaczego?
-Za pobicie. - Wydawała się być zszokowana. -Ale nie chce o tym gadać. Potańczymy? - Dopiła drinka i bez dalszych pytań poszła ze mną na parkiet.

Mimo że Emily wydaje się być nieśmiałą dziewczyną, na parkiecie w żaden sposób tego nie okazywała. Najwidoczniej dobrze czuła się w swoim ciele, którym tak na marginesie naprawdę dobrze ruszała. Wiele chłopaków spoglądało na nią z pożądaniem, ale zdawało się, że ona wcale tego nie zauważa. Nie to co ja. Po kilku shotach i obrotach w objęciach czarnowłosego studenta wylądowałam z nim w męskiej toalecie. Było szybko i przyjemnie. Po skończonej zabawie obmyłam twarz i zaczęłam szukać Emily. Znalazłam ją w damskiej, jak rozmawiała z kimś przez telefon. Była zdenerwowana i rozmawiając chodziła w kółko po łazience. Wpatrując się w nią bacznie, usiadłam na kamiennym blacie, który służył za przerwę między umywalkami.
-Co się stało? - Spytam, gdy schowała telefon do kieszeni, skórzanej kurteczki. Westchnęła ciężko i oparła się o drzwi jednej z kabin na przeciw mnie.
-Mój chłopak - Wyznała cicho. - Jest strasznie zaborczy. - Zacisnęła usta w wąską kreskę. - Muszę wracać.
-Będziesz robiła to co ci karze?
-Musze - Głośno przełknęła ślinę. - Po prostu muszę. - Wymusiła uśmiech i po prostu wyszła. To było dziwne i niepokojące, ale byłam na tyle podpita, że nie miałam siły na to by się w to zagłębiać. Skorzystałam z toalety i wróciłam do baru, gdzie wypiłam piwo i znów zaczęłam wirować na parkiecie.

sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 4



''You won't let go, 
But you still keep on falling down,
Remember how you saved me now,
From all of my wrongs yeah,

If there's love just feel it,
If there's life we'll see it,
This is no time to be alone, alone, yeah,
I, wont let you go,

Say those words, 
Say those words like there's nothing else, 
Close your eyes and you might believe,
That there is some way out yeah,''


Drzwi do domu były otwarte. Mama często zapominała je zamykać, nawet gdy gdzieś wychodziła, chociaż to zdarzało się ostatnio bardzo rzadko. Przy wejściu ściągnąłem czarne niki, czując pod nagimi stopami przyjemny chłód lakierowanego drewna przez hol ruszyłem do salonu. Mama siedziała na szarej kanapie okryta ciepłym kocem, mimo że na zewnątrz była na tyle ciepło, że nie trzeba było zakładać nawet cieplejszej bluzki. Tępo wpatrywała się w włączony telewizor. Usiadłem obok niej, rzucając okiem na szklany stolik stojący nieopodal. Stało na nim kilka brudnych kubków, szklanka z niedopitą do końca whisky i dwa opakowania proszków uspokajających. Kiedyś mama nie pozwoliłaby żeby na jej ukochanym stoliku stała choćby wypolerowana filiżanka z podstawką. Był jej oczkiem w głowie. Kiedyś.
-Cześć mamo. - Przywitałem się, wyciągając nogi przed siebie, kładąc stopy na tym pieprzonym stoliku. Odwróciła głowę powolnym ruchem w moją stronę i uśmiechnęła się leniwie.
-Dru? Ty już w domu? - Mówiła niewyraźnie, a jej ładne, wciąż młode zielone oczy zaszły mgłą.
-Jest już po ósmej mamo. - Wyjaśniłem. Po szkole poszedłem jeszcze na siłownie, a potem do pubu na piwo z kumplami.
-Och... - Spojrzała na telewizor i jej wzrok utkwił tam na dobre. Odleciała. Sfrustrowany wstałem i wróciłem do holu, potem boso wyszedłem na podwórko. Ze swojego czarnego audi tt wyjąłem plecak, czteropak piwa i wróciłem do domu, a potem szerokimi, zakręcanymi, szklanymi schodami wbiegłem na drugie piętro do swojego pokoju. Plecak rzuciłem w kąt i z czteropakiem w ręku usiadłem w obrotowy fotelu, przed plazmą wiszącą na ścianie. Otworzyłem jedną puszkę,wziąłem pada z podłogi włączyłem jakąś głupią grę, w której rozwalałem głowy zombie. Idealnie by odreagować. W połowie drugiego piwa w moich myślach pojawiła się ta tajemnicza czarnowłosa dziewczyna. Mimo woli uśmiechnąłem się na jej wspomnienie. Spodobało mi się denerwowanie jej, gdy ma kaca. Wkurzało jednak to, że tak mało mówiła. Nie wyglądała na nieśmiałą,a  przecież tak od razu nie mogła mnie znielubić. To niemożliwe. Przecież mnie nie zna. Zdenerwowany kolejną przegraną rzuciłem pada na podłogę i zacząłem obracać się w fotelu popijając piwo. Jestem pewny, że ją w końcu złamie i powie jak ma na imię. Z łatwością mógłbym sam się tego dowiedzieć, ale wolałbym usłyszeć to z jej ust. Intrygowała mnie. Nie wydawała się być, jak te wszystkie inne laski... Ruby. Zerwałem się z fotela. Z biurka wziąłem laptopa i położyłem się na łóżku, uruchamiając urządzenie. Zalogowałem się na fejsie, gdzie czekało na mnie piec wiadomości o Ruby. Ja pierdziele totalnie o niej zapomniałem. Ruby była fajną dziewczyną, chodziliśmy ze sobą trzy miesiące. Umiała mnie rozśmieszyć i dobrze czułem się w jej towarzystwie, ale ostatnio coś zaczęło się psuć. Ciągle się czepia i szuka problemu tam gdzie go nie ma. Ostatnia jej wiadomość brzmiała: Wiesz Dru zachowujesz się jak drań. Możesz cholera przestać mnie ignorować? Przepraszam za ostatnie. 
Oj doskonale pamiętałem naszą ostatnią kłótnię z przed dwóch dni. Od tamtej pory w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy. Poszło o to, że nie mam dla niej czasu mimo to, że to ona ma wiecznie zapełniony grafik. Ja jestem wyrozumiały. Rozumiem, że dużo czasu poświęca tańcu, ale nie może się czepiać mnie o to, że jest wiecznie zajęta..No kurwa! Zignorowałem jej wiadomości. Nie miałem teraz głowy do tego by z nią gadać. Wyłączyłem laptop i ruszyłem pod prysznic.

Następnego dnia rano ciężko było wstać, ale przemogłem się i zwlekłem się z łóżka. Spóźniony, piętnaście minut po ósmej zaparkowałem na szkolnym parkingu, na którym oprócz mojego samochodu stało jeszcze tylko pięć. Z niemrawym humorem wysiadłem z audi i w niewielkich strużkach deszczu przeszedłem parking i wszedłem do szkoły. W korytarzu na jednym z parapetów siedziała Ruby. Plecami opierała się o kraty w oknach, a głowę miała spuszczoną w dół. Jej długie, rudobrązowe włosy spływały w dół, zasłaniając jej ładną twarz. Podszedłem do niej i oparłem się bokiem o ścianę obok. Podniosła głowę do góry i zerknęła na mnie, a w jej oczach dostrzegłem złość.
-Czemu nie odpowiedziałeś? - Spytała, a w jej głosie wyczułem nutę gniewu.
-Odczytałem wiadomości dopiero wczoraj, a byłem już po kilku piwach. - Wytłumaczyłem. Jej spojrzenie złagodniało.
-Przepraszam. - Wyszeptała i zeskoczyła na podłogę. Była tylko kilka centymetrów niższa ode mnie.
-Po prostu wyluzuj. - Zaproponowałem. Uśmiechnęła się lekko i objęła mnie za szyje.
-Spróbuje. - Powiedziała i pocałowała mnie w usta. - Nie gniewasz się?
-Już nie. - Pocałowała mnie jeszcze raz a potem się odsunęła.
-Musze uciekać. Spotkamy się dziś? - Lekko kiwnąłem głową, choć wcale nie byłem pewny swojej odpowiedzi. - To pa Dru.
-Pa. - Wzięła swoją torbę i wybiegła ze szkoły. Dziwiłem się, że Ruby poświeciła swoją pierwszą lekcje tylko po to by tu przyjść i mnie przeprosić. Była przykładną uczennicą i nienawidziła się spóźniać. To było podejrzane, albo po prostu naprawdę jej zależy. Tylko czy mi zależało w takim samym stopniu?

Do czwartej lekcji niesamowicie się nudziłem, ale gdy przyszedł czas na biologie niemal się ucieszyłem. Tym razem to ja byłem pierwszy. Czarnowłosa weszła niemal ostatnia. Wyglądała o wiele lepiej niż wczoraj. Miała na sobie ciemne jeansy i trochę rozciągnięty, szary sweter na długi rękaw spod, którego wystawało ramiączko czarnej koszulki. Byłem ciekaw czy naprawdę jej zimno, czy po prostu tak lubiła. Była drobna i niska, a jej czarne włosy sięgały połowy pleców. Dziś miała je rozpuszczone. Była ładna, naprawdę ładna, ale w zupełnie inny sposób niż Ruby, która wyróżniała się wysportowana sylwetką, okrągłą buzią i dużymi zielonymi oczami. Czarnowłosa miała nieprzeciętna urodę  małego elfa. Jasna skóra, spiczasty podbródek, zadarty nos i duże granatowe oczy. To wszystko sprawiało, że wyglądała niemal, jak z bajki. Zaszczycając mnie jednym spojrzeniem, usiadła obok. Ze swojej torby wyjęła duży zeszyt i niebieski długopis. Kompletnie mnie ignorowała, a to sprawiało, że miałem coraz bardziej ochotę ją rozgryźć.
-Cześć - Rzuciłem i wyciągnąłem przed siebie nogi. Nie odpowiedziała. - Naprawdę nie rozumiem dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać...
-Mam rozumieć, że żadna ci się jeszcze nie oparła? -Patrzyła na mnie świdrującym spojrzeniem. Miała ładną, przyjemną barwę głosu, gdy na mnie nie warczała.
-Nie o to chodzi.
-Więc o co?
-Wydaje mi się, że mnie nie lubisz, a przecież mnie nie znasz. - Uśmiechnęła się złośliwie.
-Hope. - Szepnęła.
-Hope?
-Tak mam na imię idioto. - Uśmiechnąłem się szeroko. Dopiąłem swego. Pochyliłem się w jej stronę. Owiał mnie owocowy zapach.
-Ładnie. - Nie odrywała ode mnie wzroku, a jej oczy pociemniały.
-Nie próbuj ze mnie flirtować. - Temperatura jej głosu spadła o kilka stopni.
-Nie mam zamiaru. - Odwróciła wzrok.
-Więc czego chcesz? - Przeczesała włosy palcami tym samym odgarniając grzywkę do tyłu. Gdybym nie siedział tak blisko pewnie nie zauważył bym niewielkiej blizny tuz przy linii jej włosów. Nim zdarzyłem się dobrze przyjrzeć, włosy znów opadły, a ona znów patrzyła na mnie.
-Poznać cie.  -Odpowiedziałem szczerze, na co ona parsknęła.
-Nie jestem osobą wartą poznania.
-Myślę, że się mylisz. - Uciekła wzrokiem, ale na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. - No więc Hope. Co cie sprowadza do tej budy? - Westchnęła ciężko.
-Wylali mnie z poprzedniej.  - Nie wiem dlaczego, ale zaskoczyła mnie tym. Chciałem zapytać dlaczego, ale w tle usłyszałem swoje imię. Podniosłem głowę i mój wzrok utkwiłem w pani Tyler.
-Tak? - Wstałem.
-Dru może powtórzysz co własnie powiedziałam? - Krzywiąc się, podrapałem się po głowie.
-Eeee... Jestem pewien, że mówiła pani o tym jaki ze mnie świetny uczeń. - Mrugnąłem do niej. Wywróciła oczami.
-Oj Dru twoje ego jest zbyt wielkie. - Kilka osób z klasy zaśmiało się. - Mówiłam o projekcie, który macie do przygotowania na następny semestr.
-Ach... Jasne! - Posłała mi srogie spojrzenie.
-W parach macie przygotować doświadczenie, które dokładnie opiszecie i przedstawicie przed resztą klasy. Będzie to stanowiło 30% waszej końcowej oceny. Dru skoro tak świetnie dogadujesz się z nową koleżanką razem będziecie pracować. Szczegóły przedstawię wam na następnej lekcji, ale sala laboratoryjna będzie do waszej dyspozycji po lekcjach.- Wyszczerzyłem się w szerokim uśmiechu i usiadłem. To była okazja by lepiej poznać Hope. Spojrzałem na nią, ale ona nie wydawała się być z tego tak zadowolona jak ja.
-Nie cieszysz się, że będziesz ze mną w parze?
-Nie. - Warknęła i odwróciła wzrok. Cholera. To chyba nie będzie wcale takie łatwe.

niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział 3



''Fly me up on a silver wing
Past the black where the sirens sing
Warm me up in the nova's glow
And drop me down to the dream below

'Cause I’m only a crack
In this castle of glass
Hardly anything there
For you to see
For you to see''


Po długiej, naprawdę długiej kąpieli, wyszłam z wanny i owinęłam się białym puszystym ręcznikiem. Spojrzałam na swoją rękę. Miałam ochotę sobie przywalić, ale zawsze tak było. Robiłam to, a potem żałowałam, a następnego dnia znów to robiłam. Byłam beznadziejna. Schowałam żyletę z powrotem w biało czerwoną szmatkę, na której pojawiły się nowe plamy, a potem położyłam ją w szafce nad umywalką. Grzebieniem rozczesałam mokre włosy i wróciłam do pokoju, trzymają w dłoni wciąż grający telefon. Komórkę rzuciłam na łóżko, ale przed tym spojrzałam na wyświetlacz. Była dziewiąta trzydzieści. Leciała własnie piosenka Eda Sheerana - The A Team.
''White lips, pale face
Breathing in snowflakes
Burnt lungs, sour taste
Light's gone, day's end
Struggling to pay rent
Long nights, strange me''
Przymknęłam oczy i zakołysałam się w jej rytm. Nie chciałam dziś siedzieć w domu. Nie miałam ochoty na kompletną samotność. Nie dziś. Nie wiedziałam dlaczego, ale dzisiejszą noc chciałam spędzić w tłumie ludzi. Wyciągnęłam z szafy ciemne rurki, szary top na długi rękaw z wyciętymi plecami i różowe stringi. Biały ręcznik odrzuciłam w kąt i szybko narzuciłam na siebie ciuchy. Wysuszyłam włosy i umalowałam oczy czarną kredką i tuszem do rzęs. Na nogi włożyłam sprane czarne trampki. Z torby wyjęłam prezent od Scotta i włożyłam do ust niebieską tabletkę. Pieniądze i telefon wsunęłam do przedniej kieszeni jeansów. Byłam gotowa. Chyba. Stanęłam przed lustrem i krytycznie przyjrzałam się swojemu odbiciu. Byłam żałosna. Narzuciłam na siebie czarną skórę i pospiesznie wyszłam z domu, unikając ponownego patrzenia w lustro. Przez pół godziny wałęsałam się po mieście szukając odpowiedniego miejsca, ale w końcu padło na ten sam klub co zawsze. W sumie nie wiedziałam co mnie do niego ciągnęło. Był trochę obskurny, muzyka była raczej nie w moim guście. Wszędzie wałęsały się naćpane dzieciaki, a po kątach obściskiwały się młode laski z jakimiś starymi dziadami. Jedyne co było dobre to drinki. Przecisnęłam się przez potok spoconych ciał i usiadłam przy barze na drewnianym, pomalowanym na czarno krzesełku. Zamówiłam tequile i od razu wypiłam zawartość kieliszka. Potem jeszcze dwie kolejki i na sam koniec zamówiłam piwo w butelce. Bursztynowy płyn wypiłam w połowie i ruszyłam na parkiet. W tle leciał nieznany mi kompletnie zespół, ale dzięki niebieskiej tabletce i procentom szybko i bez problemu wczułam się w rytm kompletnie zapominając o reszcie, a jednocześnie silnie odczuwając ich obecność... Wychodziło na to, że jestem lekko pieprznięta.

O wpół do drugiej w nocy, przynajmniej tak mi się wydaje, że była wpół do drugiej wylądowałam z jakimś dwudziestoczterolatkiem  u niego w mieszkaniu. Nasza konwersacja nie trwała długo i po pięciu minutach wylądowaliśmy na jego kanapie. Było miło, ale nie zaskakująco.Przytrafiali mi się lepsi, na przykład Scott. Rano zwlekłam się z kanapy wzięłam szybki prysznic i taksówką wróciłam do domu. Spakowałam torbę i teraz siedziałam na przeklętej lekcji biologi. Miałam niesamowitego kaca. Miałam wrażenie, że głowa mi eksploduje. Tak, jak wczoraj Dru spóźniony wszedł do klasy i zajął miejsce obok mnie. Moja sympatia do niego kompletnie wyparowała, razem z działaniem ecstasy.
-Kiepsko wyglądasz. - Skomentował. - Pewnie miałaś ciekawy wieczór. Ja pewnie bym nie przyszedł do szkoły...- Nawijał, a mój ból głowy rósł coraz bardziej. Miałam ochotę go zabić. - Radzę ci uważać na dyrektora. Jak zobaczy cie w taki stanie to będziesz mogła się pożegnać z tą szkołą. - Zamknęłam oczy i schowałam twarz w rekach. Boże, za jakie grzechy? - Wiesz, jak raz jakiegoś ucznia przyłapał na paleniu zwykłego szluga zawiesił go na dwa tygodnie...
-Zamknij się. - Warknęłam, kompletnie wykończona. Zachichotał.
-Czyli umiesz mówić. Dobrze wiedzieć. - Zerknęłam na niego zabójczym wzrokiem. Uśmiechał się szeroko i patrzył wprost na nauczycielkę. Drań. - To, jak zdradzisz mi swoje imię? Trochę tak głupio mi z tobą gadać, gdy nawet nie wiem, jak mam się do ciebie zwracać.- Wredny, obrzydliwy łajdak. Odwróciłam od niego wzrok i położyłam głowę na ławce. Zaraz umrę. Chciało mi się rzygać. W moim żołądku panował istny chaos. Zerwałam się na równe nogi, chwyciłam torbę i wybiegłam z klasy, nie zważając na krzyki nauczycielki. Dopadłam toalety, a potem sedesu i wydaliłam wszystko z wczorajszej nocy. A może nawet wszystko z całego tygodnia.  Czułam się, jak wrak.  Delikatnie mówiąc. Do przerwy przeleżałam na zimnych kafelkach, a po dzwonku zwlekłam się z podłogi i wyszłam na przepełniony korytarz. Tuż przy drzwiach do toalety stał Dru.
-Wszystko w porządku? - Spytał, przyglądając mi się podejrzliwie. Zbyłam jego pytanie i po prostu odeszłam. Czego on ode mnie chciał? Spojrzałam na plan. Miałam mieć wf. No to chyba kurwa jakieś żarty. Od razu mogłam strzelić sobie w łeb. Z ciężkim westchnieniem ruszyłam na poszukiwanie sali gimnastycznej.

O piętnastej wróciłam do domu. Po wuefie, który przesiedziałam, ponieważ wmówiłam nauczycielce, że mam grypę żołądkową i matematyce lekcje się kończyły. Z ulgą wsiadłam w autobus i wróciłam do domu. W kuchni krzątała się Rose, zapewne robiąc obiad. Przysiadłam przy stole ze szklanką soku.
-Dzwonili ze szkoły.- Pięknie.
-I?
-Dyrektor powiedział, że nie poszłaś wczoraj na dwie ostatnie godziny.
-Źle się czułam. - Wytłumaczyłam i upiłam łyk soku pomarańczowego.
-Hope, żartujesz sobie?-Odwróciła się do mnie i posłała mi ostrzegawcze spojrzenie. -O co cie prosiłam?
-Żeby mnie nie wywalili. - Przyznałam cicho.
-Własnie! A ty co robisz? Wagarujesz!
-Źle się czułam. - Nie chciałam jej okłamywać, ale inaczej chyba nie umiałam. Całe życie wszystkich okłamuje, włącznie ze samą sobą.
-Przestań wiecznie kłamać i w końcu weź odpowiedzialność za swoje życie.  - W jej oczach pojawiły się łzy. Wstałam.
-Nikt ci nie kazał mnie przygarniać. - Szepnęłam i wyszłam.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Rozdział 2


''(...)Uh, oh, many, many, many nights go by,
I sit alone at home and I cry over you.
What can I do.
Can't help myself, 'cause baby, it's you.
Baby, it's you.''

-No spójrz na mnie! - Czyjś krzyk sprawił, że wyrwana ze snu otworzyłam oczy. Przez okno wpadało blade światło księżyca. Wystraszona leżałam nieruchomo, nasłuchując.-Gdzie byleś? No powiedz!
-Pierdol się! - Trzask, jakby zamykanych drzwi. Wysunęłam się spod ciepłej kołdry, stawiając nogi na zimnej podłodze, zadrżałam. Przytuliłam do siebie mocniej ukochanego misia i cichutko wyszłam z pokoju.  Pierwsze co do mnie dotarło to cichy szloch, potem zauważyłam mamę skuloną na kanapie. Podeszłam do niej wciąż ściskając pluszaka i położyłam dłoń na jej nodze.
-Mamusiu? - Spytałam cicho. Podniosła na mnie swoje piękne zapłakane oczy.
-Hope, skarbie. Czemu nie śpisz?
-Czemu płaczesz? Tatuś znów zrobił coś złego? - Uśmiechnęła się przepraszająco i przyciągnęła mnie do siebie. Posadziła na kolanach i mocno objęła.
-Nie kochanie. Wszystko jest w porządku.
-Więc dlaczego płaczesz? - Odgarnęła moje włosy do tyłu, delikatnie głaszcząc mnie po głowie.
-Po prostu jest mi trochę smutno. - Szepnęła.
-Czemu?
-Czasem tak bywa, że jest nam smutno bez powodu. -Wpatrywałam się w nią, ale nie rozumiałam o co chodzi. Czy naprawdę można być smutnym bez powodu?
-Jeżeli ty jesteś smutna to mi też smutno. - Zaśmiała się cicho.
-Och skarbie. - Pocałowała mnie czoło. - Wracaj do łóżka, dobrze?
-A ty?
-Wezmę kąpiel. - Pomogła mi stanąć na podłodze i trzymając mnie za rękę zaprowadziła mnie do pokoju. Położyła do łóżka i mocno opatuliła kołdrą. -Śpij smacznie.
-Mamusiu? - Zerknęła na mnie.
-Tak?
-Kocham cie.
-Ja ciebie też Hope. Bardzo, bardzo mocno.

***

Odpuściłam sobie resztę lekcji, ponieważ mój stan pogarszał się z każdą chwilą. Byłam pewna, że mój śmiech bez powodu wzbudziłby niepokój u nauczycieli, a lepsze od tego były wagary. Nie mogłam jeszcze wrócić do domu bo Rose na pewno nie wyszła jeszcze do pracy. Prze godzinę poszwendałam się po mieście, a potem usiadłam w parku na ławce tam gdzie umówiłam się ze Scottem. Na placu zabaw mimo kropel deszczu bawiło się kilka dzieciaków. Wyciągnęłam słuchawki z torby i włączyłam muzykę na telefonie w między czasie odgarniając zbłąkane włosy do tyłu. Wybrałam playlistę zatytułowaną ''Jesień'' przeznaczoną na smutne, deszczowe dni. Wprawdzie wciąż chciało mi się chichotać, ale miałam nadzieje, że piosenki mnie uspokoją. Na playlistę składało się kilka melancholijnych piosenek takich jak Sail Away - David Gray czy John Legend - All Of Me, a także kilka ulubionych piosenek mamy na przykład The Beatles - A Day In The Life. Dopiero po kilku latach, gdy osiągnęłam pewien wiek potrafiłam docenić jej gust muzyczny. W sumie tylko kilka tych piosenek było prawdziwą pamiątka po niej, reszta wydawała się być fałszywa, zupełnie inna niż ona. Po upływie pięciu piosenkę obok mnie usiadł Scott. Wyjęłam słuchawki z uszu i uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie.
-Cześć. - Przywitał się.
-Cześć. - Odpowiedziałam i mocno pocałowałam go w usta. Wydawał się być zaskoczony, ale po sekundzie rozluźnił się i odwzajemnił pocałunek. Zapewne domyślił się o co chodzi. Ja i Scott... Nie byliśmy parą, chyba, że taką od seksu po dragach. Był moim najlepszym, jedynym przyjacielem, na którym mogłam polegać. Poznaliśmy się po tym, jak przeprowadziłam się do ciotki. Szybko znaleźliśmy wspólny język. On dostarczał mi narkotyki, a ja odwdzięczałam się w taki czy inny sposób. Lubiłam jego towarzystwo, ale nie był jedynym z, którym sypiałam. Takich było o wiele więcej, ale nigdy nie dał po sobie poznać, że mu to przeszkadza. Byłam jego przyjaciółką i klientką. Prosty układ, który obojgu pasował. Po dłuższej chwili oderwałam się od niego i otarłam usta.
-Stęskniona? - Zapytał z uśmiechem, ale w odpowiedzi szturchnęłam go tylko w ramię.  - Jak w nowej szkole? - Wzruszyłam ramionami.
-Jak w każdej innej. - Odpowiedziałam zwięźle.
-Rozumiem. - Puścił mi oczko i ze swojego szaro-czerwonego plecaka wyjął małą paczuszkę, owinięta w fioletowy, ozdobny papier. - Proszę.- Podał mi ''prezent'', który bez otwierania wpakowałam do torby, doskonale wiedziałam co znajduje się w środku.
-Dziękuję. Ile jestem ci winna?
-Tym razem to prawdziwy prezent. - Wywróciłam oczami i wyjęłam portfel.
-Serio, ile? - Pokręcił przecząco głową i wstał.
-Naprawdę nic. Musze lecieć, bo jestem umówiony. - Posłałam mu karcące spojrzenie.
-I tak podrzuce ci tą kasę. - Zaśmiał się i musnął mój policzek.
-Jasne. Trzymaj się.
-Ty też.
-Będziemy w kontakcie. - Pomachał mi i odszedł szybkim krokiem. Lubiłam go. To był jedyny człowiek na tym świcie oprócz Rose, którego szczerze lubiłam i nie chodziło o to, że dostarczał mi towar. Po prostu był szczery w stosunku do mnie, dbał o mnie i sprawiał, że przy nim potrafiłam czuć się szczęśliwa.

Do domu wróciłam późnym popołudniem. Rose była w pracy, a Luis... Luis gdzieś tam był. Nie cierpiałam tego człowieka. Wkurzał mnie swoją osobą. Rose zaharowywała się na śmierć by utrzymać dom, a on siedział na dupie przed telewizorem i sączył piwo dzień w dzień. Nie rozumiałam dlaczego go stąd nie wyrzuci. Wciąż się kłócili, a w końcu przyjdzie taki dzień, że on posunie się za daleko i może być za późno... Znałam taką historię, ale Rose nie chciała się słuchać. Nie miała do mnie zaufania, wiedziała, że jestem trudnym dzieckiem i tak, jak ona starała się nie wtrącać w moje życie, tak ja nie miałam prawa wtrącać się w jej, ale chciałam by uniknęła całego tego zła.  Nie zasłużyła na to. Żadna kobieta nie zasługuje na taki los. Wiecznej męczennicy swojego życia.  Weszłam do kuchni przeszukałam szafki i wzięłam ze sobą na górę miseczkę płatków z mlekiem, sok pomarańczowy i banana. Usiadłam na łóżku, włączyłam mały telewizor stojący w rogu na podłodze i zjadłam płatki oraz banana oglądając jakieś beznadziejne reality show , a potem wypiłam pół kartonu soku. Czułam się najedzona, zmęczona i trochę przybita. Ekstaza przestała działać i powracał smutny, żmudny dzień, taki jak każdy. Zdjęłam sweter a zamiast niego założyłam luźną, niebieską koszulkę na ramiączka. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc zaczęłam sprzątać pokój, który wyglądał z grubsza jak małe wysypisko śmieci..Odkurzenie i umycie podłogi, złożenie ubrań i pranie, a także wytarcie pobieżnie kurzu zajęło mi mniej więcej półtorej godziny, po tym czasie mój pokój wyglądał dosyć przyzwoicie. Zmęczona postanowiłam wziąć kąpiel. Wannę w swojej prywatnej małej łazience napełniłam gorącą wodą, do której dolałam olejki relaksujące. Zapaliłam kilka zapachowych świeczek, puściłam muzykę z telefonu, z szafki nad umywalką wyjęłam opakowanie z proszkami uspokajającymi, a także biało-czerwoną ściereczkę, którą owinęłam swoją ''przyjaciółkę''Wzięłam kilka tabletek na rozluźnienie i zanurzyłam się w ciepłej, ładnie pachnącej wodzie. Tak wieczór spędzają przygnębione, zagubione i samotne nastolatki.